No hejoo! :D
Zaczęłam bardziej doceniać weekendy :D A jak u Was? Szkoła wykańcza? Czy jeszcze poniektórzy macie ferie?
Dzwonił telefon. Benjamin.
-Albo wiesz co, zmieniam zdanie, dzieci nie będą leżały w kałuży krwi, tylko będą się palić żywcem - powiedział gdy tylko przyłożyłam telefon do ucha.
Co robić? Benjamin robi się coraz bardziej groźniejszy...
Ale przecież tu nie wtargnie, jest babcia, Nate, no i oczywiście ja.
-No to chyba czas przyswoić do życia mój plan.
I nie oglądając się dłużej zabrał śpiącym rodzicom dzieci.
A następnie.... Wrzucił je do ognia...
Chory człowiek to za mało powiedziane...
Nagle zbudziły mnie wrzaski dzieci. Nie ociągając się dłużej wybiegłam z domu w stronę odgłosów.
Gdy dotarłam na miejsce stanęłam jak wryta.
Przecież to moje dzieci!
-Benjamin! - krzyczałam, nie mogąc opanować swojej złości.
Po chwili dobiegł do mnie Nate. Także nie mógł uwierzyć w to co się dzieje.
-Hhaha, fajnie co? - Benjamin cieszył się z powodzenia.
Proszę, żeby moje dzieci jeszcze żyły!
Natychmiast wyjęłam dzieci z popiołu i położyłam na zimnym śniegu.
Harper płakała, czyli jeszcze żyła. Ale Hayden?
Dzieci, moje kochane....
Byliśmy na nogach całą noc. Ciągle czuwaliśmy przy dzieciach.
Nate był bardzo zmęczony, ale starał się tego nie okazywać. Wiem, że chciał być przy mnie.
Gdzieś tam na sali leżały nasze dzieci, a my nie wiedzieliśmy czy żyją!
Obiecałam sobie, że Benjamin mi za to zapłaci...








































































